piątek, 25 stycznia 2019

Mój pierwszy w życiu płaszcz!

Wiecie, że to już dziesiąty rok mojego blogowania? Sama nie wiem, jak ten czas szybko przeleciał! Tak patrząc wstecz, to bywały lata w których publikowałam bardzo dużo (101 wpisów w 2015 roku!), ale też takie, gdzie w miesiącu ukazywało się tylko kilka postów. A to i tak dużo w porównaniu z ostatnim czasem, gdy w zeszłym roku napisałam zaledwie piętnoście wpisów. Myślę, że to znak naszych czasów. Życie pędzi jak szalone, a my mamy jedynie czas w biegu przejrzeć zdjęcia na fejsie czy instagramie.


Widzę to wyraźnie po sobie, gdy czasu wolnego mam tak mało, że owszem zdążę coś uszyć, ale potem mija dużo czasu zanim uda nam się tą rzecz sfotografować, a jeszcze więcej czasu zanim pokażę te zdjęcia w social mediach. Tak też było w przypadku tego płaszcza. Uszyłam go rok temu, a zdjęcia pokazuję dopiero teraz (sic!)


Płaszcz jest w cudownym odcieniu różu (aż nie wierzę, że to piszę :)), takim mniej pastelowym, ale też niezbyt intensywnym. Uszyłam go z flauszu będącego mieszanką wełny i czegoś sztucznego (nie znam dokładnego składu, bo materiał kupiłam na allegro).




Wykrój pochodzi z Ottobre Woman 5/2017. Jak tylko ten numer wpadł w moje ręce, to od razu wiedziałam, że kiedyś ten płaszcz uszyję :)



Płaszcz ma krój taki z lekka szlafrokowy, z ciekawą stójką zamiast kołnierza. Nie ma żadnego zapięcia, a jedynie związuje się go paskiem. Prościzna do uszycia :P Jedyne co zmieniłam, to skróciłam linię ramienia, bo nie do końca podobało mi się, że pacha tak nisko wypada.



Żeby nie było tak bardzo cukierkowo, to wszyłam podszewkę z pazurem w intesywnym, turkusowym kolorze :)


Płaszcz w założeniu miał być płaszczem wiosennym, ale jakoś tak wydawało mi się, że w takim cienkim flauszyku to ja na bank zmarznę. No to dołożyłam do środka nie byle co, ale wełnianą watolinę. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie mój poziom niewiedzy, bo niestety wełna w ocieplinie i wełna we flauszu spowodowały, że płaszcz nadaje się na najdalszy kraniec Syberii! Grzeje jak piec hutniczy, normalnie nie da się w nim chodzić :P Teoretycznie mogłabym wypruć tą watolinę, ale szkoda mi pracy włożonej w jej ręczne zszycie, no i sama watolina kosztowała niemalże tyle samo, co flausz! Co mi radzicie? Wypruć czy zostawić?

Watolina to jest to beżowe w prawym górnym rogu

Ten dylemat spowodował, że znów zakupiłam flausz z zamiarem uszycia kolejnego płaszcza :) Tym razem nie zastosuję żadnej ociepliny i może nada się do noszenia wiosną (tylko czy zdążę go do wiosny uszyć??!!



Pozdrawiam Was cieplutko!

8 komentarzy:

  1. Zostaw płaszczyk jak jest - w sensie z watoliną (czasem i w Polsce jest pogoda jak na Syberii ;). Zawsze to dobry preteks, żeby uszyć kolejny. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dobrze mówisz! :) Tak właśnie zrobie :)

      Usuń
    2. Cześć,
      W 100% się zgadzam. Bo i zima i wiosna są w Polsce :)
      A płaszczyk śliczny :)
      Pozdrawiam,
      Kasia

      Usuń
  2. Mimo koloru bardzo mi się podoba.Świetny krój i pięknie Ci w nim. Super podszewka,w moim ulubionym kolorze.A że grzeje,to chyba zaleta,a nie wada.Przyda się w najbliższych tygodniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! W sumie dobrze, że ciepły, tylko w takie mrozy, to ja kaptur muszę mieć koniecznie :P

      Usuń
  3. Nie wypruwaj watoliny, dzięki niej nie musisz się ubierać na cebulkę ;) Płaszczyk bardzo fajny i ta inna wersja stójki - świetna! A jeżeli chcesz płaszcz tylko trochę cieplejszy, to polecam pikowane podszewki, bardzo dobrze się sprawdzają:) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Koleżanka szyła ten płaszcz z pikowaną podszewką i stwierdziła, że jest za sztywna i płaszcz brzydko się układa, dlatego ja spóbowałam z watoliną.

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...